Włodzimierz Kowalewski ur. 1956
Dworzec Centralny

KOWALEWSKITu musiałem czekać do trzeciej nad ranem. Centralny dworzec w sercu stolicy sporego europejskiego kraju ział pustką jak splądrowany sarkofag. Naprzeciw, Alejami, ciągnęły jeszcze rzędy samochodów, świeciły się reklamy i wystawy sklepowe, ale tuż obok, z ciemnych zakamarków pomiędzy zamkniętymi na noc straganami, rozlegały się pijackie nawoływania, przesuwały się punkciki zapalonych papierosów, słychać było brzęk tłuczonych butelek. Szybko przebiegłem przez opustoszałe podziemne korytarze, bojąc się własnej sylwetki powtórzonej w szybach pozamykanych barków, sklepików, fast-foodów. Zajrzałem do podziemnej hali na bezludne perony, minąłem zalegającą pokotem kolonię bezdomnych i schroniłem się w kącie jedynej otwartej restauracji na górze.

Bóg zapłacz!, 2000

Nominowana do nagrody Nike 2001 powieść została napisana w konwencji science fiction. Akcja dzieje się w roku 2047 w Warszawie. Jej bohater, ponad dziewięćdziesięcioletni mężczyzna (a więc rówieśnik autora książki), wdowiec i emeryt Irek Słupecki, oczekując na Oddziale O-L na zaplanowaną eutanazję, dokonuje rozrachunku z życiem i peerelowską przeszłością; z jego perspektywy – człowieka w podeszłym wieku, stojącego u progu śmierci, oglądamy „nowy, wspaniały świat”, w którym zabroniono istnieć starości i chorobom. Kowalewski na okładce książki pisze: „»Bóg zapłacz!« jest powieścią o końcu i klęsce naszego pokolenia, odchodzącego ze sceny życia w obliczu zupełnie nowego świata, ukształtowanego ze zjawisk, wartości, zachowań, których znamiona widoczne są już dzisiaj”. Tak charakteryzuje to pokolenie bohater powieści: „Jest, niestety, tak, że zawsze przeplatają się dwie fale. Wy nie robiliście nic, sprawnie umieliście tylko kląć, biadolić, protestować, być niezadowolonymi i zdesperowanymi. My harowaliśmy potrójnie, za siebie, za was i za zupełnie już skretyniałych rodziców, tych śmiechu wartych kondomiarzy, squatersów o żałosnym poczuciu lekkości życia, co to albo latali z czarnymi flagami, albo poszukując wolności, znajdowali ją w wegetarianizmie czy smarowaniu po murach. Wolę was, przynajmniej byliście w jakimś stopniu obliczalni. […] A my, moje pokolenie, rozpalaliśmy w sobie niebywałe pokłady energii. Wygrywaliśmy konkursy o stypendia, urządzaliśmy rankingi wyników, wielkim szpanem było nie mieć wolnego czasu i nie rozstawać się z laptopem, póki jeszcze nie wprowadzono dzisiejszych modemów”. W wywiadzie dla „Lampy” Kowalewski dodaje: „Przede wszystkim chciałem pokazać, że ten przyszły świat nie będzie wcale ani taki »nowy«, ani taki »wspaniały«, plastikowo-chromowany, jak do niedawna jeszcze w różnych filmach science-fiction. Będzie w nim brud, walące się bloki, ogromne śmietniska po XX wieku, które trzeba będzie utylizować. W tych warunkach ukształtuje się nowa formacja mentalna, której moje pokolenie, ale też dzisiejsi dwudziestolatkowie nie będą w stanie ani zrozumieć, ani – tym bardziej – zaakceptować. […] »Nowy czas« widzę jako epokę skrupulatności, ścisłego formalizmu, nieprzekraczalnych procedur i zasad – czyli zaprzeczenie czasu dzisiejszego”. Przemysław Czapliński napisał: „Powieść ta ukazuje przecież świat spełnionych marzeń, świat przyszłości niebezpiecznie bliskiej. O czym dziś marzymy? Ano o tym, że dopracujemy się cywilizacji bez zakłóceń. […] Spośród ogółu konsekwencji ideologii doskonałości Kowalewski wybrał do swojej najnowszej książki tylko jedną – sposoby radzenia sobie z chorobami i śmiercią. Ukazuje zatem, że w społeczeństwie hołdującym iluzji »stanu bez zakłóceń« eliminacja cierpienia pozbawia życie jego powagi. Skoro bowiem wszystko jest »do ulepszenia« (chorobę można uleczyć, a nieprzewidywalności śmierci można zaradzić na przykład przez eutanazję), tedy każde konkretne – niedoskonałe – życie ma znaczenie wyłącznie jako »materiał do obróbki«, jako surowiec wyjściowy, jako biograficzny półprodukt. Kowalewski stworzył zatem przestrogę przed ideologią doskonałości (przed następstwami jej panoszenia się i zwyciężania w myśleniu powszechnym)”. Bohaterowie powieści, podobnie jak jej autor, pochodzą z Mazur, jednak Warszawa ma swoje miejsce w ich biografiach. Pojawia się np. w historii Cmona, gitarzysty grupy Klapperstorch, której w latach 80. udało się zakwalifikować na festiwal w Jarocinie, a potem zrobić karierę w stolicy. W opowieści Cmona pojawiają się warszawskie ulice i miejsca: Myśliwiecka, Woronicza, Stegny, „Stodoła”, „Remont”. O Dworcu Centralnym opowiada natomiast Konieczny, który przyjeżdża do stolicy, by odebrać nagrodę w konkursie dotyczącym kredytowania podmiotów produkcji rolnej.

Dworzec Centralny odnajdziemy również w sonecie „Bezdomni” Wawrzyńca Rymkiewicza: „Dworzec Centralny ma kolor truskawki I prostą formę klasycznej symfonii. Kiedy pociąg tu wjeżdża wśród ptasiej ruchawki, Na całym Dworcu budzą się bezdomni. Ten – bełkocze pijany, ten – prosi dwa złote, Trzeci przeklina dziecko, które go wygnało. Starzec zdejmuje spodnie umazane błotem I w ogromnym skupieniu liże swoje ciało. Nad głowami podróżnych lśnią telewizory, Roztaczając dokoła bajeczne kolory (bo te maszyny są jak dziwne pawie). A wieczorem po Dworcu chodzą pedofile, W ogóle jest wesoło i śmiechu jest tyle. Życie słodko smakuje na dworcu w Warszawie”. Dworzec Centralny – główny dworzec kolejowy Warszawy usytuowany na linii średnicowej pomiędzy aleją Jana Pawła II, ulicami: Złotą, Emilii Plater oraz Alejami Jerozolimskimi. Zbudowany został w latach 1972–1975, według projektu A. Romanowicz, a otwarty 5 grudnia 1975 roku. Poprzednikiem Dworca Centralnego był prowizoryczny dworzec zbudowany w latach 1952–1954, który obsługiwał pociągi podmiejskie. Wyposażony był w dwa drewniane pawilony przy alei Jana Pawła II i ulicy Emilii Plater.

Katarzyna Wigurska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *