Konstanty Ildefons Gałczyński 1905-1953
Warszawskie cukiernie i kawiarnie

GALCZYNSKIZna go dobrze Warszawa
pożyczał nie oddawał;
nasienie drańskie;
a „poetyczne dale”
to były te skandale
W „Małej Ziemiańskiej”.

Śmierć poety, 1930

 

W Śmierci poety spotkało się kilka historii. Najważniejszą z nich jest historia własna autora, a Gałczyński, jak nikt inny, potrafił tworzyć auto legendę. W swoich wierszach był artystą „totalnym”, czego mogliby mu pozazdrościć rodzimi literaccy cyganie z przełomu wieków. Będąc „księciem udzielnym” panującym nad własnym lirycznym światem, był równocześnie – dzięki swej poezji właśnie – nieustannie „na językach” Warszawy literackiej. „W kawiarniach literackich lubiono opowiadać najnowsze wariactwa Delty” – napisał o Gałczyńskim Czesław Miłosz.

Kreacja artystowska stawiała Gałczyńskiego niejako ponad rzeczywistością. W wielu utworach brzmi słynne „odi profanum vulgus” – przepuszczone przez tryby onirycznej, stwarzającej wrażenie niedbałej, ale wewnętrznie zdeterminowanej i spójnej wyobraźni poetyckiej. Może dlatego Gałczyński nie lubił kawiarni i gdy mógł, kpił z literackich koterii. Także z tej najbardziej rozpoznawalnej, zbierającej się w lokalu przy ulicy Mazowieckiej 12. Niezrównana cukiernia i kawiarnia została otwarta 14 kwietnia 1918 roku, lecz chyba nie dziesięciu rodzajom tortów czy wybornemu „śledziowi” z marcepana zawdzięcza „Ziemiańska” swą legendę. Warto powiedzieć, że epitet „mała” przylgnął do „Ziemiańskiej” nie wiadomo skąd.

Przede wszystkim bywali tu Skamandryci, współautorzy jej towarzyskiego sukcesu. Przy stoliku na pięterku zwanym „górką” siadywali Tuwim, Lechoń, Iwaszkiewicz, Wierzyński, Słonimski, a po ich „odejściu” Witold Gombrowicz. Na dole urzędowali plastycy. Nad ich stolikiem widniał malarski kolaż (filiżanka czarnej kawy z prawdziwą łyżeczką) z napisem „stale zarezerwowane”. Przychodził również Władysław Broniewski, a także generał o ułańskim sercu, dekadent-szwoleżer, poeta i adiutant Marszałka w jednej osobie, Bolesław Wieniawa–Długoszowski. Nakładem „Ziemiańskiej” wydano w 1934, graną tam wcześniej, Szopkę polityczną autorstwa Janusza Minkiewicza i Tadeusza Hollendra, który to projekt dostał im się w poetyckim spadku po Skamandrytach.

Humor w „Ziemiańskiej” był wszechobecny, powiedzieć można – był „sprawą honoru”. Ceniono szczególnie (francuskie) bon moty i (angielski) żart absurdalny. Niekwestionowanym mistrzem jednego i drugiego był bywalec całej „kawiarnianej” Warszawy, a „Małej…” w szczególności – Franciszek Fiszer. „Ze wszystkimi poetami „Skamandra był na ty. Odmówił tylko bruderszafta Mieczysławowi Grydzewskiemu [redaktorowi „Wiadomości Literackich” – przyp. PK], twierdząc, że ten powiedział kiedyś, że ludzkość powstała z gazów i wobec tego przyjaźnić się z nim nie może”.(A. Słonimski) Fiszer – filozof, Fiszer – arystokrata, Fiszer – niezrównany polemista był również autorem żartobliwej, ale serdecznej charakterystyki poety, który do „Ziemiańskiej” zachodził: „Podjechała pusta dorożka i wysiadł z niej Leśmian” – mówił podobno, mając na myśli drobną posturę autora Sadu Rozstajnego. (A. Słonimski)

„Ziemiańskiej” nie ominęły jednak prawdziwe „skandale”. Tu spoliczkowany przez nacjonalistę został za swój wiersz Dwie Ojczyzny Słonimski. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko ogródka kawiarni zamordowano Koehlera – dyrektora żyrardowskich zakładów włókienniczych, a proces zabójcy, Blachowskiego był jednym z najgłośniejszych w historii drugiej Rzeczpospolitej. Nie przeszkodziło to legendzie „Ziemiańskiej”. Przetrwała pod piórami wszystkich tych, którzy z nostalgią wspominali przedwojenną Warszawę…

Warszawskie cukiernie i kawiarnie. Pierwsza na ziemiach polskich kawiarnia powstała właśnie w stolicy, ok. roku 1724 za Żelazną Bramą u zbiegu Granicznej i Targowej, a pół wieku później było już kawiarni warszawskich, a raczej ich właścicieli, około 20. Subtelna różnica, jaka wówczas istniała między kawiarnią a cukiernią – pierwsze nie prowadziły sprzedaży „na wynos”, raczej same musiały zaopatrywać się w cukierniach, drugie – i owszem – przy czym sprzedawały tylko własne wyroby, dziś jest już prawie niezauważalna.
Początkowo oba typy lokalów nie grzeszyły estetycznym urządzeniem, co zaczęło się zmieniać w wieku XIX, gdy po raz pierwszy ich progi mogły przekroczyć (wytworne wszak) warszawianki. Wcześniej kawiarnia i cukiernia były to wyłącznie „męskie” rozrywki. W epoce saskiej istniały już „uznane” kawiarnie, a ich prestiż wzrastał, zważywszy na znane umiłowanie Sasów do beztroski i zabawy. Wymienić tu trzeba cukiernię Baldiego przy ulicy Długiej. Były jeszcze cukiernie i kawiarnie na Foksalu, gdzie po otwarciu Teatru Narodowego zaczęli bywać także mniej snobistyczni (i mniej zamożni) warszawiacy. Najlepsze lody w stolicy były w owym czasie u Carluccia – najpierw na pl. Krasińskich, potem na Senatorskiej. Chyba właśnie tutaj można mówić o początkach i prehistorii kawiarni artystycznej – bywali u Carluccia aktorzy Teatru Narodowego.
Wiek XIX to prawdziwy urodzaj kawiarni i cukierenek: „Honoratka”, opisana przez Or-Ota; „Dziurka”, kawiarnia Loursa w końcu XIX wieku, ulokowana w Hotelu Europejskim; Seamaendiego – „Pod Filarami” w gmachu Teatru Wielkiego czy późniejsze: „Pod Dzwonnicą”, cukiernie Ludwika Kocha czy Reinharda. W tej ostatniej po raz pierwszy można było skosztować lodów pistacjowych.
Na przełomie wieków najchętniej odwiedzana przez warszawiaków była „Udziałowa”, w której Żeromski poznał swą przyszłą żonę. Bywał w niej Stanisław Reymont oraz Franiszek Fiszer. Moda na „Udziałową” przeszła wraz z wybuchem I wojny.
W dwudziestoleciu międzywojennym popularnością cieszyła się „Kresowa” (Nowy Świat 53). Później (od 1930 roku) pod tym adresem była „Napoleonka”. Po „Ziemiańskiej” artyści i poeci zaczęli odwiedzać lokal mieszczący się w podwórku Instytutu Propagandy Sztuki, popularny IPS na Królewskiej.
Spacer po warszawskich kawiarniach, choć od „Ziemiańskiej” się zaczęło, kończymy na ulicy Nowy Świat w kamienicy numer 35. To chyba tutaj skupiła się cała przebogata i przesłodka historia stołecznych cukierenek. Bliklego (1869) – bo o nim mowa – pamięta już któreś z kolei, bodaj piąte lub nawet szóste pokolenie warszawiaków. Historia, choć czasami, jak zaraz po wojnie, gnała cukiernię po Warszawie, zawsze od ponad stu lat pozwalała jej powrócić na stare miejsce. Wystarczy znaleźć się na Nowym Świecie w tłusty czwartek którego bądź roku, by przekonać się, że pączki znów będą „palce lizać”.

Paweł Kuciński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *