Janusz Głowacki ur. 1938
Ulica Bednarska

 

GLOWACKIW moim pokoju w Warszawie na ulicy Bednarskiej mam okno tylko jedno. Ale też sporo widać. Okno wychodzi na parking samochodowy, od ulicy odgrodzony kamiennym, sięgającym powyżej pasa murkiem oraz po bokach łańcuchami, takimi jak na skrzyżowaniach. Po drugiej stronie parkingu jest przekleństwo, moje małe prywatne piekło. Kara za wszystkie świństwa, jakie w życiu zrobiłem i jakie jeszcze zrobię, czyli szkoła muzyczna. Tłum może zdolnych, a może nie, uczniów katuje w niej od rana do wieczora instrumenty i gardła. Wiosną, latem i jesienią stoją w otwartych oknach i grają na trąbkach i tym podobnych. Kiedyś osłaniały mnie dwie topole, ale jedną wycięli, bo alergię wywołuje – a trąbki i wycie nie. Topola druga na szczęście jeszcze żyje. Mieszkańcy dookoła znoszą szkołę pokornie. Są pogodzeni z losem. Socjalizm przyzwyczaił ich, że nic się nie da zmienić. Nie wierzą, że mają jakieś prawa. Ja też nie wierzę. Coś tam próbowałem, ale nie wyszło, więc zamykam okno, wsadzam korki w uszy, a jak już zupełnie nie mogę wytrzymać – jadę do Nowego Jorku. Jeżeli się dobrze wychylę, przez to jedyne okno widzę agencję towarzyską, wieczorem oświetloną ładnie, na różowo. Ona też ma związek z muzyką. Zawsze wiem, kiedy jest w Warszawie konkurs chopinowski, bo na Bednarską 23 sunie wtedy wężyk Japończyków.

Z głowy, 2004

Janusz Głowacki to urodzony w Poznaniu warszawiak. Z rodzicami mieszkał na Żoliborzu przy ulicy Czarnieckiego, do technikum (TPD nr 1) uczęszczał na ul. Felińskiego, w warszawskim Kolejarzu (dziś Polonia) trenował pływanie, a potem boks w Gwardii. Krótko studiował w Wyższej Szkole Teatralnej przy ul. Miodowej, potem też niezbyt długo historię i ostatecznie ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obronił magisterium o Przybyszewskim u prof. Jana Kotta.
Debiutował zbiorem opowiadań Wirówka nonsensu, napisał również: Nowy taniec lam -ba-da, My sweet Raskolnikow, Moc truchleje, Ostatni cieć, jest także autorem scenariuszy filmowych: Polowanie na muchy, Trzeba zabić tę miłość. Ogromną popularność przyniósł mu film Rejs, do którego scenariusz napisał wraz z Markiem Piwowskim. W grudniu 1980 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, w których jego sztuki: Polowanie na karaluchy, Antygona w Nowym Jorku i Czwarta siostra odniosły duży sukces. Jest laureatem prestiżowych nagród literackich.

Z głowy to peregrynacje z Głowackim po Warszawie jego przeszłości, ale także kawał dobrej prozy. Jak pisze Henryk Dasko: „W swojej najnowszej książce Głowacki – autobiografista pozostał w każdym calu wierny Głowackiemu – pisarzowi, a własne życie potraktował jako surowiec do kolejnej, świetnej dramaturgicznie i narracyjnie tragikomedii. Narrator i bohater książki jest tu równocześnie postacią literacką przeżywającą wzloty i upadki rodem z teatru absurdu, a Z głowy to książka należąca do najlepszych w jego dorobku.

W krótkich, zwartych epizodach w swojej autobiograficznej książce Janusz Głowacki przytacza dziesiątki historyjek. Opowiada o swoim ciekawym życiu z ogromnym poczuciem humoru, ale i dystansem do siebie i do innych. Przybliża nam swoją Warszawę lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ze stołecznym trójkątem bermudzkim, którego wierzchołki stanowiły: klub studencki „Hybrydy”, gdzie jako studenci (!) wpuszczani byli badylarze, aktorzy, tajniacy, piosenkarze, uczennice i prostytutki; bar „Przechodni”, w którym piwo łamało się czystą wyborową; i wreszcie przychodnia skórno-weneryczną, gdzie leczyło się konsekwencje powyższego trybu życia. Tam właśnie poznał jedną z warszawskich legend, Jana Himilsbacha, który uraczył go historią o panience przestrzegającej go przed tryprem, której odrzekł, że jest przecież mężczyzną.

W opowieściach Głowackiego pojawia się również hotel „Bristol” z luksusowymi prostytutkami (spotkanymi po latach jako nobliwe i zamożne panie) czy kawiarnia SPATiF-u. Tam autor poznał skuteczność zasady powoływania się przed urzędnikami na wyższych urzędników, co umożliwiło mu wyjazd do USA; tam spotykał przedwojenną Warszawę w osobie Lody Halamy czy Antoniego Słonimskiego; w tej kawiarni – należącej do kręgu legend warszawskich – bywali „aktorzy i ladacznice, reżyserzy i prości alkoholicy, pisarze reżimowi i opozycyjni, za którymi sunęli tajniacy”, jak sam wspomina.

Autobiografia Głowackiego to wreszcie postaci, które bardziej niż miejsca przesądzają o naszym oglądzie stolicy tamtych czasów: Antoni Słonimski ze stolikiem w SPATIF-ie, Janusz Wilhelmi – stoik i redaktor „KULTURY”, profesor Jan Kott, Jan Himilsbach czy, wpuszczany do Hybryd jako student, pięćdziesięcioletni utracjusz, rotmistrz Andrzej Rzeszotarski, jeżdżący po Warszawie ogromnym, czerwonym fordem z odkrywanym dachem.

Ulica Bednarska (Gnojowa) biegnie od Krakowskiego Przedmieścia do Wybrzeża Kościuszki. Od XVI wieku w górnej części zabudowana została drewnianymi domami, wozowniami i stajniami. Zamieszkana przeważnie przez rzemieślników. Wybrukowana w połowie XVIII wieku. Wywożono przez nią śmieci i gnój z miasta (stąd jej druga nazwa). Około 1775 r. kasztelan Franciszek Jezierski wybudował przy Bednarskiej pałacyk i łaźnie z domem schadzek, zwane „Kasztelanką”. W 1815 roku stanął tutaj reprezentacyjny budynek łazienek Majewskiego z klasycystycznym portykiem. W pobliżu Krakowskiego Przedmieścia wzniesiono dom dla Towarzystwa Dobroczynności. W XIX wieku Bednarska zabudowana była w głównej mierze klasycystycznymi kamienicami i niewielkimi hotelami. Mieściła się tu przystań wodna Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Swoją drukarnię i wydawnictwo prowadził S. Orgelbrand.
Podczas powstania warszawskiego 3 IX 1944 r. od Krakowskiego Przedmieścia ruszyło Bednarską niemieckie ugrupowanie, mające na celu zlikwidowanie oporu powstańców na Powiślu. Odbudowa zniszczonej w czasie okupacji ulicy trwała do 1950 roku. Obecnie Bednarska wchodzi w obręb osiedla Mariensztat.

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *