Andrzej Bursa, 1932–1957 – Tekturowy Świat z Dykty

BURSAKiedy wysiadłem z pociągu w mieście
Warszawie
rozszyfrowałem tę całą mistyfikację
Że to wcale nie jest miasto Warszawa
(jak i pociąg nie był pociągiem)
tylko ogromny fantom
jakaś monumentalna kant-maszyna
kiepski i kosztowny kawał
wymierzony we mnie
na każdym kroku odkrywam
iluzoryczność
raz po raz dostrzegam
jak dykta prześwieca przez farbę
imitującą tynk

Warszawa-Fantom, 1969

Zaliczany do pokolenia , 56 Andrzej Bursa to pisarz, którego gwiazda w pełni rozbłysła dopiero po śmierci. Znany był głównie jako poeta, choć pisał też utwory dramaturgiczne i prozę (znakomita mała powieść – „Zabicie ciotki”). Za życia publikował w prasie, w formie książkowej jego dzieła wydano dopiero pośmiertnie. Turpistyczne wizje świata opisywane przez młodego twórcę, przedwczesna śmierć (snuto przypuszczenia, że popełnił samobójstwo, co mijało się z prawdą – Bursa był bardzo chory), brutalny język i bezkompromisowość sprawiły, że dla całych pokoleń zbuntowanej młodzieży stał się idolem. Ameryka miała swego Jamesa Deana, Polska – Andrzeja Bursę. Twórca związany był z Krakowem – tu studiował filologię słowiańską, ze specjalnością bułgarystyka, pracował jako dziennikarz, mieszkał i zmarł. W materiałach o poecie trudno odnaleźć jakiekolwiek informacje na temat jego związków z Warszawą. Dlatego nieoczekiwany, nazwany wprost, obraz stolicy, na jaki natrafiamy w wierszu „Warszawa- -Fantom”, wydaje się szczególnie ciekawy. Można przypuścić, że Andrzej Bursa odbył podróż kolejową z Krakowa do Warszawy. W latach 50. trudno było porównywać oba miejsca: stolica Polski została zrównana z ziemią, miasto Bursy ocalało z wojennej pożogi. Przyjeżdżający z Krakowa pasażerowie wysiadali na Dworcu Głównym. Cóż mogli zobaczyć, wychodząc z dworca? Znajdowali się w rejonie Alej Jerozolimskich, ulic: Towarowej, Grójeckiej oraz przyległych. Widok nowych, naprędce stawianych domów, „pasażerowi-Bursie”, programowo tropiącemu brzydotę i bylejakość, najwyraźniej się nie spodobał. Warszawę odczytał jako fantom, zjawę, widziadło, przywidzenie. Opisywane w wierszu Andrzeja Bursy miasto nie jest prawdziwą Warszawą – ta już nie istnieje. Zrodzone po wojnie „nowe” to: „dykta przeświecająca przez farbę imitującą tynk”, coś tandetnego, iluzorycznego, pozornego. Jedna wielka „kant-maszyna” i w dodatku wymierzona w podmiot liryczny. Wizja stolicy widzianej oczyma poety jest dość przygnębiająca. Odbudowywana z ruin Warszawa wydała mu się i szara, i zakłamana. W latach 50. świat poetycki autora „Trzynastoletniej” i „Pantofelka” postrzegano jako „[…] Świat metafory okrutnej, której wartość poznawcza polegała na demaskowaniu zła, na demaskowaniu fasady rzeczywistego świata” (Jerzy Lau). Podobnie pisał też badacz współczesny, Zbigniew Jarosiński: „Antyestetyzm Andrzeja Bursy był znacznie bardziej radykalny i etycznie nacechowany. Brzydota, przemoc, zagrożenie, kalectwo ukazywały mu się jako stałe składniki życia. Jego poetycki bohater obracał się wśród tego, a ponieważ sam był słaby, atakował pierwszy. Najgłośniejsze z wierszy Bursy przedstawiały sceny agresji zwracającej się przeciw tym, którzy są bezbronni czy gorsi, a także przeciw pięknu albo zasadom moralnym, jakie uznaje się za uniwersalnie obowiązujące, agresji przy tym bezinteresownej, osobliwie chuligańskiej – i też opisanej knajackim językiem ulicy”. Z perspektywy czasu dokonania Andrzeja Bursy wyglądają dość niewinnie. Po rewolucji w sferze estetyki i form wyrazu, po niezliczonych eksperymentach we wszystkich dziedzinach sztuki, jego „szokujące” utwory trącą myszką. Ale czyż nie odczuwamy podobnego wrażenia, oglądając „Buntownika bez powodu”?


Tekturowy świat z dykty. Gdyby dzisiaj, po 50 latach, Andrzej Bursa wysiadł z pociągu na Dworcu Centralnym czy na Dworcu Głównym, mógłby napisać podobny wiersz o Warszawie jako fantomie. Z jednej strony ujrzałby pnące się ku niebu biurowce, a z drugiej konstrukcje rażące tandetą, bylejakością i tymczasowością. Zarówno przedstawione na fotografii kontenerowce, jak i ogromne, postawione tymczasowo hale Kupieckich Domów Towarowych, od lat straszą w samym sercu Warszawy. Pozostaje tylko wierzyć, że budowa Złotych Tarasów wreszcie się zakończy i zniknie kontenerowy blok, tak jak rozstrzygnięty zostanie konkurs na projekt architektoniczny muzeum sztuki nowoczesnej i szybko ucywilizowany zostanie obręb placu między Marszałkowską a Świętokrzyską, co sprawi, że za kilka lat gościom wysiadającym z pociągów Warszawa jawiła się będzie jako nowoczesna metropolia, a nie tekturowa, tymczasowa konstrukcja.

Adam Budrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *